Czy trzeba być Georgem Clooneyem albo Angeliną Jolie, by publiczność, której masz coś do powiedzenia, słuchała Cię z zapartym tchem i spijała z Twych ust każde pojedyncze słowo? 

Nie da się ukryć, że najlepszy kontakt z publicznością nawiązują ci, którzy otoczeni są aurą sławy albo geniuszu. Taki Clonney albo Jolie z pewnością mają ułatwione zadanie, kiedy stają naprzeciw dowolnego audytorium. Wystarczy, że się pojawią – i nie muszą wiele mówić; uwaga publiczności jest natychmiast skierowana na nich, i to samą tylko ich obecnością. 

Rozumiem jednak, że skoro czytasz te słowa, to raczej nie jesteś ani Clooneyem ani Jolie. Nic nie szkodzi. O ile tylko masz choć trochę oleju w głowie, otwarty umysł i chęci – da się z Ciebie zrobić co najmniej dobrego mówcę. Oczywiście nie jest to sprawa podsunięcia kilku sprawdzonych porad – to raczej kwestia przestawienia pewnych nawyków, wykrzesania z siebie pokładów kreatywności oraz 3 najważniejszych rzeczy: po pierwsze, praktyki, po drugie, praktyki, po trzecie, praktyki.

Billy Wilder mawiał, że najlepszą metodą na zahipnotyzowanie publiczności jest “złapać ich za gardło i nie puścić aż do końca” (w oryginale: “grab’em by the throat and never let’em go”). Prezentacje multimedialne rządzą się swoimi prawami, ale zastosowanie w nich narzędzi made in Hollywood z pewnością może pomóc. Jak zatem rada Billy’ego Wildera wyglądać może w świecie tworzenia prezentacji?

Zacznijmy od początku. “Dzień dobry Państwu, nazywam się Jan Kowalski i jest mi niezmiernie miło Państwa tutaj widzieć” – to słowa jakże często słyszane na różnych prezentacjach, odczytach, wystąpieniach. I jakże niewiele wnoszące. Trudno o bardziej banalny wstęp.

Aby natychmiast, już w pierwszych sekundach wystąpienia, nawiązać dobrą więź z publicznością, zaskocz ich już na wstępie. Daj się poznać jako osoba niebanalna i nietuzinkowa. Od pierwszego zdania. Jeśli masz zaledwie kilkanaście lub kilkadziesiąt minut na swoje show, zapomnij o powitaniu w stylu: “dzień dobry” albo “witam”. Przejdź od razu do rzeczy i zrób to z wdziękiem, klasą, humorem, dystansem do siebie albo najlepiej z wszystkim tym na raz. Jakiś przykład? Sens słów takich jak wyżej możesz przekazać równie dobrze w słowach: “Nazywają mnie Jan Kowalski i możecie mi wierzyć lub nie, ale zawsze kiedy się przedstawiam, wszyscy myślą, że sobie z nich żartuję.” Proste, na luzie, a osobiste.

Właśnie: osobiste. Tu przechodzimy do kolejnego aspektu nawiązywania dobrej więzi z publiką. Publiczność kocha prezenterów, którzy wnoszą w przekaz coś osobistego. Może to być historyjka o tym co Cię spotkało w drodze na wystąpienie, może to być historyjka o tym, co Ci się przydarzyło 2 lata temu. Obojętne. Generalna zasada: anegdota z własnego życia działa zazwyczaj lepiej niż anegdota z życia celebryty i znacznie lepiej niż anegdota z życia Twojego kolegi, którego nikt poza Tobą nie zna. Tego rodzaju historie pozwalają publiczności poznać Cię bliżej, a to zawsze wpływa na wzrost sympatii. 

W anegdotach z osobistego życia można posunąć się nawet jeszcze dalej: przyznaj się do błędu, gafy, a najlepiej kompromitacji. Uwielbiamy słuchać historii, kiedy coś się komuś złego przytrafiło. Tak już działa nasza natura: z jednej strony współczujemy, z drugiej cieszymy się, że to nie my, a z trzeciej – podziwiamy w mówcy otwartość, szczerość i gotowość do przedstawienia się w złym świetle. Oczywiście należy uważać z kalibrem swoich historii i lepiej o mrocznych stronach swojego życiorysu nie wspominać. Świetnie natomiast sprawdzą się jako temat anegdot drobne, żartobliwe incydenty w pracy bądź życiu towarzyskim, przez które nabawiliśmy się wstydu, ale w sumie nic nikomu złego się nie stało. Na pewno masz w swoim życiorysie parę takich historii. Jeśli tylko masz w sobie trochę odwagi, zastanów się, przypomnij je sobie i ubierz je w ciekawą historię. 

A skoro jesteśmy przy opowiadaniu historii: jednym z najważniejszych aspektów prezentacji – obojętne czy multimedialnej czy niemultimedialnej – jest opowiadanie porywających historii. Z angielska – storytelling. Termin ten przez ostatnie lata robi oszałamiającą karierę w kulturze korporacyjnej zachodniej Europy i Stanów Zjednoczonych. Storytelling to słowo wytrych w języku reklamy i biznesu – teraz wszystko, nawet prosta oferta w formie dwustronicowej broszury – musi mieć swoje “story”. A czym to storytelling w rzeczywistości jest? Najkrócej mówiąc chodzi tu o umiejętność takiego opowiadania, by publiczność słuchała opowieści z zapartym tchem. 

Kim jest dobry mówca? To gawędziarz.  

Zanim ludzkość nauczyła się pisać, każda historia była przekazywana ustnie. Od jednej osoby do drugiej, z pokolenia na pokolenie. Osoba, która te historie opowiadała – gawędziarz, przy którym zawsze tworzyła się liczna gromada słuchaczy – zyskiwała największe uznanie i szacunek wspólnoty. Podobne uznanie zyskuje każdy mówca prezentacji, który potrafi swoją opowieścią zahipnotyzować publiczność, sprawić, by zapomniała o całym świecie i wyzwolić żywiołowe emocje. To niełatwa sztuka – ale nieodzowna, by zyskiwać sympatię lub miłość publiki.

Najważniejsze jednak – to bądź autentyczny. Nie udawaj i nie pozuj na kogoś, kim tak naprawdę nie jesteś. Publiczność w większości przypadków to, niestety, wyczuje. Nieważne, czy jesteś ekstrawertykiem czy introwertykiem. Możesz mówić wolno, możesz mówić szybko. Możesz mieć świetny głos spikera radiowego, możesz mieć głos piskliwy. Wiele błędów publiczność jest w stanie wybaczyć – o ile tylko czuje, że jesteś prawdziwy albo prawdziwa. Kłania się tu zasada spójności, o której przy osobnej okazji – mająca kolosalne znaczenie dla budowania jasnego, wyrazistego wizerunku.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *